niedziela, 5 czerwca 2016

osiemdziesiąt jeden

Czy jest jakaś rzecz, którą chciałbyś w sobie zmienić? Nie, nie chodzi mi o wygląd fizyczny. Chodzi mi o to, co masz w środku. Chodzi mi o twój charakter, twoje podejście do życia, twoje serce. Chodzi mi o to jaki jesteś, a nie o to jak wyglądasz. Jestem przekonana, że mógłbyś zrobić całą listę tego, co ci w tobie nie odpowiada. Zmieniłbyś całego siebie, by być lepszym, bo uważasz, że to jaki jesteś teraz nie jest tym, czego chcesz. 
Nie jesteś świadomy tylko jednej rzeczy - w tobie nie ma żadnego problemu. Ludzie, którzy cię zostawili nie zostawili cię przez to, że tobie czegoś brakuje. Osoby, które cię skrzywdziły nie zrobiły tego dlatego, że jesteś warty krzywdzenia. Całe zło, które - twoim zdaniem - w tobie jest, jest tylko wymysłem. Twoim wyobrażeniem o sobie, które niewiarygodnie mocno mija się z prawdą. 
Musisz zmierzyć się z tylko jedną rzeczą - zajrzeniem wgłąb siebie. Odszukaj w sobie to, co było w tobie najlepsze, kiedy byłeś jeszcze dzieckiem. Dzieckiem, które nie było skażone toksycznością innych ludzi, które nie miało problemów z dorosłego życia i które potrafiło cieszyć się nawet najmniejszymi rzeczami. Dzieckiem, które było szczęśliwe, kochające i szczere. To nie jest tak, że to wszystko po prostu zniknęło, a ty się tak diametralnie zmieniłeś, że już nigdy nie będziesz mógł być taki jak te kilkanaście lat temu. Te wszystkie rzeczy po prostu się w tobie zgubiły. Z biegiem czasu zostały zarzucone milionem innych rzeczy i teraz leżą zakurzone na samym dnie twojego serca. 
Masz tylko jedno zadanie - dotrzyj do tego wszystkiego, co w tobie najlepsze. Odkop to spod gruzów złych doświadczeń i znów postaw na piedestale. Nie zniechęcaj się tym, że nadal nie będziesz idealny. Ludzie idealni nie istnieją. Błędy, które popełniamy i sukcesy, które odnosimy są drogą do perfekcji, której nigdy nie osiągniemy, ale właśnie w tym jest całe piękno. To nie perfekcja ma być nagrodą w życiu, ale samo dążenie do niej. Możesz mi zaufać, że nie ma nic lepszego na świecie, niż odnalezienie siebie. Nie ma takiego uczucia, które mogłoby się równać z miłością do samego siebie, bo to właśnie ona pozwala nam na tworzenie dokładnie takiego życia, jakie chcemy mieć. 
Twoim atutem i jedną z największych zalet jakie masz jest właśnie to, że nie jesteś ideałem. Przestań się w końcu tego wstydzić. Zacznij być dla siebie wyrozumiały, bo - tak jak każdy człowiek - masz cholerne prawo do popełniania błędów. 
Odnajdź siebie w sobie. Zrób to, bo dopiero wtedy będziesz wiedział co to znaczy być szczęśliwym, jak to jest naprawdę kogoś kochać. Dopiero wtedy będziesz mógł powiedzieć, że wiesz jak to jest, kiedy serce rozpada się na miliony maleńkich kawałków i jak to jest, kiedy trzeba je poskładać w całość. Dopiero wtedy zrozumiesz najważniejszą rzecz i będziesz mógł poczuć co to znaczy żyć.
A kiedy już ci się to uda, obiecaj mi, że zrobisz jeszcze jedną rzecz - pomożesz zrobić to samo innym ludziom, którzy się zgubili. Uwierz mi, że możesz to zrobić. Zupełnie tak samo, jak każdy.

Głęboko w sobie zakopaną mamy tę prawdę o sobie samych,
zapomnianą aż tak, że nie dowierzamy (...)
I gonimy latami tak za zmianami
przekonani, że znajdziemy siebie gdzieś za zakrętem (...)
Tyle rzeczy w nas pompuje zwątpienie tak głośno,
a krew pompuje tlen tak cicho,
że ciężko nam uwierzyć w to,
że największy skarb dostajemy za friko.
zeus - siewca

sobota, 24 października 2015

osiemdziesiąt

Patrząc na dzisiejsze słońce z perspektywy tego, że w kalendarzu mamy jesień, mogłabym posunąć się do stwierdzenia, że to zapowiedź dobrego dnia. Dnia, w którym wszystko się zmieni. Jakiegoś przełomu. Zmiany na lepsze. Aż chce się oddychać tym świeżym, ciepłym powietrzem i myśleć o wszystkim tym, co dobre i wszystkich tych, którzy są dla nas ważni. I właśnie to staram się teraz robić. 
Tylko wiecie co? Ludzie zawodzą. I te zawody nas niszczą. Ufamy, wierzymy bez żadnych granic, bo czujemy, że możemy to robić i nagle czujemy jak ból przeszywa nam serce. Serce nie pęka? Może nie w dosłownym sensie. Może w dosłownym sensie nie dzieje się z nim nic i bije normalnym rytmem, pompując krew. Może to wszystko dzieje się w naszej psychice. Nie wiem i nie potrafię tego określić, ale chodzi mi o ten rodzaj bólu, który mimo braku jakiejkolwiek fizyczności czuć w każdej części naszego ciała. 
Serce nie pęka. Nie można go rozbić na te poetyckie miliony drobnych kawałków i nie można go poskładać. Jeśli spojrzeć na to realnie to nie dzieje się z nim nic. To my przestajemy czuć cokolwiek poza wszechogarniającą beznadzieją, nie nasze serce. A wiecie co jest w tym najgorsze? Nie zawód, smutek, ani nawet ból. Najgorsze jest poczucie bezradności. Świadomość, że tak wiele chciałoby się zmienić, a nie można zmienić zupełnie nic. 
Nagle dociera do nas smutna prawda, że słońce po prostu jest i to wcale nie znaczy, że jest zapowiedzą czegoś dobrego. Zderzamy się z rzeczywistością jak ze szklaną ścianą, której nie zauważyliśmy w pierwszej chwili. Zderzamy się z bezradnością i tym bólem, który ogarnia nawet najmniejsze tkanki ciała. 
I nagle do głowy przychodzi nam tylko jedno, krótkie zdanie, mogące opisać wszystko, co czujemy. 
Ludzie są pełni niespodzianek. 

niedziela, 8 marca 2015

siedemdziesiąt dziewięć

Chciałabym móc przestać udawać. Przestać chować głęboko w sobie wszystko to, co tak naprawdę czuję. Mam takie wrażenie, że dławienie w sobie smutku tylko go pogłębia. Myślę, że gdybym mogła komuś o tym powiedzieć, albo nawet nic nie mówić, ale gdybym mogła wyjść na ulicę bez przyklejonego na usta uśmiechu, gdyby ludzie, z którymi spędzam czas nie wymagali ode mnie ciągłego przepełnienia szczęściem, to może udałoby mi się pokonać to, co we mnie siedzi.
Ukrywając to, ciągle muszę o tym myśleć. Kontrolować własne emocje, bylebym tylko w jakimś momencie nie pokazała tego, że całe to szczęście jest udawane, na pokaz. I tak naprawdę tylko w nocy, leżąc w łóżku mogę dać upust wszystkiemu, co tak umiejętnie skrywałam przez cały dzień. Mogę płakać najgłośniej jak potrafię, chociaż pokonywanie bólu nie polega tak do końca na płaczu.
Jestem już tym zmęczona. Udawaniem. Bawieniem się w aktora. Motyw teatru mundi nie jest już powszechnie uznawany przez ludzi, a ja ciągle muszę w nim tkwić. Boję się tego. Boję się, że tak bardzo zatracę się w świecie, który sobie wymyśliłam, że nie będę potrafiła wrócić do tego normalnego. Może nawet po części już tak jest. W moim świecie udaję nawet samą siebie.
Nie wiem kiedy to się stało. Nie wiem kiedy przestałam być sobą. Nie pamiętam już, kiedy zaczęłam czuć, że w tłumie ludzi jestem sama.
Zgubiłam się. W życiu, w świecie, w sobie. Zgubiłam wszystko, co pozwalało mi żyć normalnie. Zgubiłam chyba nawet własne serce, bo już go wcale nie czuję. I wiem tylko, że nie tak miało być. Jestem przekonana, że plan był całkiem inny. Miał w sobie chociaż namiastkę szczęścia, iskierkę światła, która pomagałaby się prawdziwie uśmiechać. To na pewno nie jest coś, co planowałam.
Tutaj jest przecież przerażająco ciemno.

niedziela, 1 marca 2015

siedemdziesiąt osiem

Mamy taki jeden, wewnętrzny, od zawsze bolący nas problem - nie potrafimy doceniać. Chyba mogę posunąć się do stwierdzenia, że niezależnie od tego o co lub kogo chodzi, my po prostu jesteśmy pozbawieni jakiegoś mechanizmu, który pozwalałby nam doceniać to co mamy konkretnie w tym momencie. Mamy za to mądrości innych i z pokolenia na pokolenie spływa powiedzenie o tym, że docenia się po stracie. I możemy się tego wypierać, możemy mówić, że może inni, ale na pewno nie my, ale oszukujemy tylko samych siebie. W tym wypadku prawda zawsze jest po przeciwnej stronie.
Mamy w dłoni jakiś moment, w którym potrafimy uśmiechnąć się szczerze, ale tak naprawdę nie umiemy dostrzec tego szczęścia. Wydaje się nam, że nam się należy. Zupełnie nie zwracamy na to uwagi, mając wewnętrzne poczucie, że tak będzie już zawsze, bo na to zasługujemy. Myślimy, że złe rzeczy dzieją się tylko innym ludziom. Ten uśmiech, który mieliśmy na ustach dostrzegamy dopiero wtedy, kiedy stanie się nam jakaś krzywda i już nie ma powodów do uśmiechu. Mam rację, prawda?
Mamy w swoim życiu osoby, za które oddalibyśmy życie, ale często wolimy kłócić się o nieistotne sprawy, jakieś błahostki, które można byłoby pominąć, niż powiedzieć, jak bardzo kochamy. Zasypiamy i budzimy się z myślą, że ludzie, którzy nas otaczają są bez wątpienia pewniakami, że będą zawsze, nie znikną, nie odejdą. I dopiero kiedy takiej osoby zabraknie myślimy co mogliśmy zrobić inaczej, lepiej. Dopiero wtedy myślimy o tym ile dla nas znaczy czyjaś miłość.
Mamy taki mankament. Błąd genetyczny. Uważamy się za najlepszych, w naszych oczach jesteśmy cudowni. To wręcz niesamowite jak ślepi jesteśmy. Na jedną swoją wadę widzimy milion zalet. Nie dostrzegamy tylko tego, jak egoistyczni jesteśmy.
Mamy serca, w których nie ma tego, co najważniejsze - nie ma szacunku do tego, co mamy. Chcemy mieć w dłoniach cały świat, a nie potrafimy utrzymać przy sobie ludzi, których kochamy.
Tacy już jesteśmy - nie potrafimy jednocześnie mieć i doceniać. Przepraszamy szczęście za to, że go nie zauważaliśmy dopiero wtedy, kiedy jesteśmy pogrążeni w rozpaczy.
Uda ci się to zmienić? Potrafisz?

poniedziałek, 26 stycznia 2015

siedemdziesiąt siedem

Chyba ogólnie wiadomo, że ludzie przeważnie doceniają jak stracą, taka już nasza natura. To dość głupie, tak mi się przynajmniej wydaje, dlatego z czystej empatii i altruizmu chcę oszczędzić wam rozczarowań, chociaż tych związanych z przyjaźnią. Opowiem wam coś.
Na początku muszę wam powiedzieć, że nie byłam jedną z tych małych dziewczynek, które chciały za wszelką cenę mieć siostrę. Może mi się to kiedyś przewinęło przez myśl, ale zupełnie odpowiadało mi towarzystwo moich młodszych braci. Jako dziecko raczej byłam małym chodzącym egoistą (trochę mi to nawet zostało), więc pasowało mi, że moje lalki są moje i nie muszę się nimi z nikim dzielić. Chodziłam do szkoły, w której cieszyłam się obecnością innych dziewczynek i to mi wystarczało. 
Siostra przytrafiła mi się zupełnym przypadkiem (bo nawet bez interwencji rodziców), kiedy to obie byłyśmy w wieku pełnym buntu i szkole przetrwania, jaką jest gimnazjum. W życiu każdego zbuntowanego nastolatka pojawia się moment, w którym sypie mu się wszystko, świat się zawala i nie chce się żyć. Miałyśmy takie szczęście (albo nieszczęście), że zaczepiłyśmy się na korytarzu w momencie, kiedy i mój i jej świat akurat legł w gruzach. Oczywiście patrząc na to z perspektywy czasu, jaki minął chce mi się śmiać na myśl tych depresji, przez jakie obie wtedy przechodziłyśmy. Może oszczędzę wam szczegółów tych 'gimnazjalnych tragedii dorosłego życia' i przejdę do sedna, które jest dość proste - dogadałyśmy się. Nie wiem, czy to kwestia tego, że obie byłyśmy wtedy głęboko pogrążone w smutku, czy tego, że umiemy się zawsze dogadać, ale to nieważne. Liczy się to, że od tamtej pory jesteśmy nierozłączne.
Leci nam teraz 5 rok razem i mogę wam szczerze powiedzieć - nasza przyjaźń przeszła już chyba wszystko. I mówiąc 'wszystko' mam na myśli nawet te momenty, kiedy otarłyśmy się gdzieś o pożegnanie, takie ostateczne. Oczywiście do niego nigdy nie doszło, mówię tylko o jakimś tam lekkim dotknięciu, które mimo wszystko było dość poważne. Teraz może śmieszne, ale wtedy mega poważne. I jestem świadoma, myślę, że obie jesteśmy, że tych problemów i momentów, w których będziemy musiały się naprawdę postarać, żeby było dobrze, będzie jeszcze tysiące.
Nie da się zrobić tak, żeby wszystko było dobrze na zawsze. Wszystko jest na dziś. I chyba właśnie tak funkcjonujemy. Jesteśmy siebie pewne i wiemy, że 'siostry zawsze będą siostrami', ale dbamy o to z dnia na dzień. Tylko ta dbałość się zmienia z wiekiem. Rozmawiałyśmy wiele razy o tym jak to było na początku i obie dobrze pamiętamy jak nie mogło być dnia, w którym ze sobą nie pogadałyśmy, bo miałyśmy wrażenie, że to coś zmieni. Teraz kilka dni pod rząd możemy wymienić się trzema smsami i wiedzieć, że to nic nie zmienia i wszystko jest w porządku.
Asia (jeszcze nie zdążyłam o tym wspomnieć, ale tak ma na imię to moje małe chodzące szczęście) jest ode mnie rok młodsza i chcąc czy nie chcąc to widać. Nie nie, nie chodzi mi o dojrzałość, do tego zaraz dojdę. Chodzi mi bardziej o chwile, kiedy ja szłam do liceum, a ona musiała zostać w gimnazjum. Wtedy myślałyśmy, że to wielka próba, czy damy sobie radę. W momencie, kiedy znów uczyłyśmy się w jednej szkole, w tym samym liceum przyszła kolejna próba, można powiedzieć taka pochodząca z ciężkiej artylerii. Ten rok różnicy znów dało się zauważyć gołym okiem, bo musiałam iść na studia. Może nie przyznawałyśmy tego tak do końca, ale bałyśmy się obie jak jasna cholera. Ja tego, że odległość nas zniszczy, bo mieszkać od siebie 14 km, a mieszkać od siebie 500 km to mega wielka różnica, a właśnie 500 km dzieli nas, kiedy to piszę. Ona bała się, że w tym zupełnie nowym otoczeniu poznam kogoś, kto mi ją zastąpi. Mija czwarty miesiąc moich studiów i wiecie? Jest cudownie. Nie mówię, że za sobą nie tęsknimy, bo tęsknimy okropnie, ale myślę, że to najlepsza rzecz na świecie, że zmieniło się właśnie tylko to, że tęsknimy. Nie zmieniło się nic w tym, jak blisko siebie jesteśmy. Myślę, że to nasz kolejny sukces do kolekcji.
Nie mogę też ominąć tego, jak dobrze jest nam w swoich domach. Bo od ponad 4 lat funkcjonujemy mając dwa domy - mój i jej. Nasz i nasz. Tylko że to nie działa jak u większości, że nasze mamy biegają z odkurzaczem, bo któraś do którejś akurat przyjeżdża. Nie robią obiadów na miarę królowych Anglii. A my nie przymilamy się do nich jak na początku. Jesteśmy w swoim towarzystwie normalni. Jesteśmy normalni (albo może nienormalni?) do tego stopnia, że Aśka potrafi krzyczeć z pokoju do mojej mamy, żeby była ciszej, bo ma kaca. Watro wspomnieć, że ma kaca po poprzednim wieczorze, kiedy piłyśmy razem z moją mamą. I dla was to może coś dziwnego, ale dla nas to normalne. Dla nas dziwnie byłoby wtedy, gdyby tych normalnych sytuacji wcale nie było. Mamy dwie rodziny. A w zasadzie mamy jedną, wielką rodzinę. I kocham tę rodzinę ponad wszystko.
I Aśkę też tak kocham. Mimo tego, że zawsze każe mi wstawać rano i ściąga z łóżka siłą. Mimo tego, że ciągle ściąga wszystkie ciuchy na lewą stronę, co doprowadza mnie do furii. Mimo tego, że po każdych jej odwiedzinach brakuje mi jakiejś bluzki - dobrym dowodem są życzenia naszego wspólnego kumpla na moje osiemnaste urodziny, które brzmiały mniej więcej 'żeby Asia już ci ubrań nie kradła'. Mimo tego, że je u mnie tylko tosty. Mimo tego, że uwielbia się kłócić i ciągle szuka zaczepki, chociaż wie, że już ją rozpracowałam i mam swój system, żeby te kłótnie ogarniać. Mimo tego, że potrafi powiedzieć mi, że ciężko się ze mną żyje i sama nie wie jak ze mną wytrzymuje (tutaj akurat wzajemnie). Mimo tego, że mówi mi, że jestem chamska, wredna i nienawidzę ludzi. Mimo tego, że dedykuje mi kawałek piha 'przyjaciele' i się z tego śmieje jak głupia (sprawdźcie co to, jeśli nie wiecie). I chyba skończę, bo każdy już wie o co chodzi, a jestem pewna, że ona też mogłaby takie 'mimo coś' powymieniać o mnie. Ale chciałam tylko pokazać, że i ona i ja mamy jakieś wady, ale nie zwracamy na to uwagi. Albo zwracamy, ale nie szukamy w nich powodu do odejścia. Jesteśmy tymi siostrami tak naprawdę od zawsze na zawsze i tu już nawet nie ma mowy o żadnym odchodzeniu, rozstaniu czy czymś takim, my już o tym nie rozmawiamy, nawet nie myślimy.
Wiecie, mamy taką fajną tradycję, od pierwszego dnia naszej przyjaźni, od 22 grudnia 2010r. Piszemy do siebie listy. Uwielbiam to, bo pisanie tych listów jest naprawdę świetne, a czytanie ich, szczególnie po jakimś czasie, kochane. To co tu napisałam, to też taki trochę mój list do niej.
Mam prawie 20 lat, Aśka ma prawie 19. Pamiętam, że jeszcze tak niedawno siedziałyśmy u niej w domu, w pokoju na dole, przy kompie i rozmawiałyśmy o tym, że pisanie notek o tym jak bardzo nam zależy na sobie i na tej przyjaźni jest głupie, bo ludzie myślą, że to na pokaz. Tak jak się pewnie domyślacie, to też było gimnazjum i słit13. Dziś gimbaze i tą dosłowną i mentalną mamy już za sobą i wiem, że to co tu napisałam nie jest ani na pokaz ani dla poklasku. Chciałam tylko coś pokazać.
Pokazać przyjaźń. Pokazać wam mnie i moją siostrę. Namiastkę tego, co razem mamy. 'Namiastkę', bo to co tu opisałam to nawet nie jest jedna setna.
Mam nadzieję, że czytając to zrozumieliście, że chodziło mi o pokazanie ludziom, że w tym świecie, który teraz jest tak fałszywy i zakłamany, jest jeszcze prawdziwa przyjaźń. Ja taką mam. I jeśli wy też macie, to o nią dbajcie, bo wszystko może się spieprzyć, wszyscy mogą odejść, ale przyjaciel, jeśli jest prawdziwy, zostanie.
Ja zostaje przy Aśce. Aśka zostaje przy mnie. Obie mamy pewność, że siostry zawsze będą siostrami. Naprawdę zawsze.
Dziękuję, że jesteś. Kocham Cię najmocniej na świecie, ale to już wiesz. 

niedziela, 11 stycznia 2015

siedemdziesiąt sześć

Ból ogranicza się do miłości. Teraz już wiem.
Tysiące razy słyszałam mądrości, mówiące o tym, że miłość bez cierpienia nie istnieje. Mam w związku z tym jedno pytanie - dlaczego nikt do tej pory nie wspomniał, że gdyby nie miłość to dziewięćdziesiąt procent tego cierpienia by nie było? To działa na tej samej zasadzie jak to, kiedy czekasz na dorosłość i jesteś tak niesamowicie zawiedziony, gdy nagle okazuje się, że to nie jest tak cudowne jak myślałeś, a wokół słyszysz ciągle 'nikt nie mówił, że będzie łatwo'. Racja, nikt tego nie powiedział, ale nikt nie poświęcił kilku minut i nie powiedział jak kurewsko trudne to będzie.
Nauka na własnych błędach to jedno, ale mówienie sobie o rzeczach, które wbrew pozorom nie są tak oczywiste na jakie wyglądają to coś, co powinno się sobie przekazywać. Dlatego tu dziś jestem, żeby powiedzieć Wam to co zauważyłam. To co starałam się rozgryźć przez naprawdę długi czas i w końcu mi się to udało.
Ból ogranicza się do miłości.
Kiedy kochamy - bez znaczenia kogo i jak bardzo - jesteśmy podatni na krzywdy. Jedno słowo może sprawić, że zwątpimy w siebie, swoje siły, że odechce nam się żyć. Jedno odwrócenie głowy w nieodpowiednim momencie, jedno odepchnięcie, jeden krzyk - to wszystko może nas skrzywdzić tak bardzo, że nie będziemy umieli funkcjonować tak, jak powinniśmy. I możemy wmawiać sobie, że jedna kłótnia to nic, że przecież wszystko da się naprawić, ale prawda jest taka, że z kilku rys na sercu, robi się rana.
Da się to też odwrócić. Pomyśl, jak to jest, kiedy Ty kochasz kogoś, kto nie umie tego docenić, albo nawet odrzuca? Przecież to też boli, zabija.
Dlatego tak wiele osób uważa, że krzywdzimy się na własne życzenie. To prawda. Dopuszczamy do siebie ludzi, których kochamy, a to własnie oni potrafią doprowadzić nas do ruiny i wyrwać serce. To co nas boli psychicznie, boli przeważnie przez miłość, albo jej brak. Bo przecież my jesteśmy do tego stworzeni, zaprogramowani na kochanie. Ktoś postanowił wklepać w nas potrzebę bycia dla kogoś ważnym i potrzebę miłości. I ten system byłby całkiem dobry, gdyby nie to, jak bardzo to potrafi nas zranić. Jak bardzo potrafi zniszczyć nas emocjonalnie. Jak często potrafi wyrwać serce.
Ból ogranicza się do miłości. Możesz mi wierzyć.
Wiem to z autopsji.

środa, 26 listopada 2014

siedemdziesiąt pięć

Nie chcę mieć już nadziei. Bardziej niż czegokolwiek w świecie. Nie chcę jej. Mam wrażenie, że to ona mnie rujnuje. I wiem, że to wrażenie jest w stu procentach prawdziwe.
Coś straciłam. Kogoś kochałam. Nie, stop, wróć. Kogoś kocham. I go straciłam. I jednocześnie mam stuprocentową pewność, że on też mnie kocha. A mimo wszystko go straciłam. I wiem, że prawda jest tylko jedna - to koniec. To nie ma już znaczenia, że ja kocham i że on kocha. Straciliśmy siebie nawzajem. To wszystko. Koniec. 
I gdzieś między strzępkami świadomości, że już niczego nie da się naprawić, znajduję nadzieję na to, że jednak się da. I nienawidzę tej nadziei. To tylko głupie, złudne odczucie prowadzące donikąd. 
Więc czekam. Przez nadzieję, czekam na jakiś znak, że życie znów będzie miało sens. A przecież nikt nie powiedział, że świat jest sprawiedliwy. Przecież wszyscy dobrze wiedzą, że jest zupełnie inaczej. Przecież miłość tylko w bajkach pokonuje wszystkie przeciwności. Życie jest zupełnie inne. Życie jest bardziej realne niż cokolwiek innego, co może mieć człowiek. Miłość też nie jest do końca realna. Miłość czasem żyje nadzieją. Tak jak ja teraz. Tyle że ja już tego nie chcę. Chcę postawić kolejny krok z bólem, rozdarciem, cierpieniem, z połamanym przez rozstanie sercem, ale nie chcę iść dalej z nadzieją, że cokolwiek się zmieni. Serce już mam skaleczone. Nieodwracalnie. 
Najtrudniej jest odchodzić nie od kogoś, kogo się kocha. Najtrudniej odchodzi się od kogoś, kogo kocha się z wzajemnością tak silną, jak tylko można to sobie wyobrazić, a może nawet większą. I właśnie tak muszę odejść. Z podniesioną głową i zakrwawionym sercem na dłoni. Ale chcę iść do miejsca, w którym będę mogła zacząć na nowo. Żyć albo umierać - to nie ma większego znaczenia. Chcę tylko nie mieć już w sobie nadziei. 

wtorek, 18 listopada 2014

siedemdziesiąt cztery

Już od długiego czasu chcę to z siebie wyrzucić. Pomóc samej sobie chociaż w ten sposób, którego nawet nie jestem tym razem pewna. Mimo wszystko muszę to zrobić. Znów zostawić tu kawałek serca, wypisując z siebie te bolące uczucia.
A cała ta historia zaczyna się od tego, że kłamałam. Okłamałam wszystkich, nawet Ciebie. Kłamałam, że nic mnie to nie obchodzi, że jest mi dobrze. Kłamałam nawet, że szczerze się uśmiecham. Umiem udawać, prawda? Wszyscy mi uwierzyli. Wszyscy, bez wyjątku, wierzą teraz w mój niezachwiany od dawna szczęśliwy świat, w tą utopię, którą stworzyłam dla nich z własnych kłamstw. Pozwalam im w to wierzyć chyba tylko dlatego, że napawam się wtedy ich widokiem i staram się robić to samo. Oni się zwyczajnie cieszą z mojego szczęścia, a ja mogę na nich patrzeć i próbować robić to samo. Ja próbuje okłamać nawet samą siebie, widzisz to?
Zastanawiasz się pewnie teraz do kogo to wszystko piszę. Przecież w sumie większa część wszystkiego, co się tu znajduje nie jest kierowana do nikogo konkretnego i może nawet tak to sobie tłumaczysz. Że to tutaj nie znaczy więcej niż wszystkie poprzednie rzeczy. Albo może przez chwilę pomyślałeś, że jest ktoś, komu chcę to wszystko powiedzieć. Tyle że wiesz, dokładnie tak samo jak ja, że tutaj każde słowo dotyczy Ciebie. Wiesz, że nigdy nie było i nigdy nie będzie nikogo poza Tobą. Szkoda tylko, że tak naprawdę wcale Cię nie mam. 
Nie spodziewałam się takiego przebiegu wydarzeń. W mojej głowie to wszystko wyglądało zupełnie inaczej. Wyobrażałam sobie utopijną przyszłość przepełnioną Twoimi ramionami i moim uśmiechem. Zresztą Twój uśmiech też zawsze tam był. Dobrze wiesz, jak bardzo go lubiłam, uwielbiałam. Nadal go uwielbiam. W każdym razie - byłam świadoma, że moje marzenia nie będą całkowitym odzwierciedleniem rzeczywistości. Wiedziałam, że będą gorsze chwile i kłótnie, których w naszym przypadku chwilami było więcej niż powinno, ale mimo to chciałam nas najbardziej na świecie. Poza tym my zawsze umieliśmy naprawić wszystko, co było złe. Naprawialiśmy siebie nawzajem. 
I chyba nagle zgubiliśmy wątek wspólnego życia. I nagle przestaliśmy się razem śmiać i przestaliśmy się ze sobą kłócić, bo przestaliśmy ze sobą rozmawiać. I przestaliśmy być dla siebie oparciem. I nagle zabrakło zaufania, że znów wszystko pokonamy i zabrakło wiary. I może zabrakło nawet miłości? 
Nie bądź teraz zły. Już po wszystkim. Nie możesz patrzeć na mnie wzrokiem oskarżyciela, jakbym o nas nie walczyła. Walczyłam. O Ciebie, o siebie. O nas. Bo mimo braku wiary we wszystko inne, gdzieś głęboko w sercu wierzyłam w ostatnią rzecz, jaka trzymała mnie przy życiu - w nas. Dlatego walczyłam. Intensywnie, ciężko i przez długi czas nie robiłam nic innego, poza toczeniem walki. 
I nawet nie wiesz, jak bardzo jest mi przykro, że to się nie udało. Nie wyobrażasz sobie jak jest mi źle z myślą, że to koniec, ale nie mam już siły. Przepraszam. 

czwartek, 23 października 2014

siedemdziesiąt trzy

Jakie to było? Niesamowite. Kuriozalne. Cudowne. Głupie. Piękne. Zwykłe i niezwykłe. To było nasze. Takie kochane, ciepłe, otulające serce. Nie było takie jak wszystko. Tyle wiem. Tyle pamiętam.
To wszystko, cała ta otoczka, którą budowaliśmy razem, by świat postrzegał nas jako coś idealnego, bez żadnej skazy, okazała się być czymś, co nas zgubi, nie uważasz? Dopóki byliśmy tylko dla siebie, dopóki nie liczyło się zdanie innych ludzi - było dobrze. Nie potrafię wyjaśnić, nawet sama przed sobą, dlaczego w którymś momencie bardziej od nas zaczęli liczyć się inni. Z dnia na dzień, z minuty ma minutę rosła coraz większa presja uwydatnienia ideału, którym przecież nie byliśmy. Kłóciliśmy się, nie odzywaliśmy się do siebie, mieliśmy siebie nawzajem dość, byliśmy ludźmi, zwykłymi ludźmi. Mieliśmy wady i to co stworzyliśmy też je miało. To nie było doskonałe. I byłoby zrozumiałe, gdybyśmy dla siebie dążyli do tego ideału, a nie dla kogoś, kto i tak próbował z zazdrości nas zniszczyć.
Upadliśmy tak szybko. Grunt sypał się nam pod nogami, a my nie potrafiliśmy uciekać razem. Puściliśmy swoje dłonie, bo woleliśmy żyć dalej osobno, niż razem ginąć. I wszystko byłoby w porządku, gdyby nie świadomość, że lepiej dla mnie byłoby gdybym wtedy straciła życie. Łatwiej umiera się, niż żyje samotnie. Łatwiej nie widzieć, nie słyszeć i nie czuć. Łatwiej nie kochać.
A ja wciąż kocham i czekam. Na jedno słowo, choćby miało być ostatnim. Nie, nie mogłoby. Oboje dobrze wiemy, że jedno słowo zmieniłoby wszystko. Chcielibyśmy to naprawić. Zdzieralibyśmy skórę do krwi, by odbudować to, co zostało zniszczone. Dlatego milczymy. Milczenie jest wygodne, szczególnie dla nas. Chciałabym wierzyć, że nadal wiesz co chcę powiedzieć, nawet jeśli nie powiem tego głośno. Chcę ufać, że wielkie słowa nie są potrzebne, że po prostu rozumiesz.
To miał być nasz świat. Nasza bajka, nasza książka, nasz wiersz, film, opowieść, piosenka, historia. To miało być nasze, to wszystko. Te uczucia, ta miłość miały nie mieć końca. I wiesz? Najbardziej boli to, że skończył się nasz świat, nasza bajka, książka, wiersz, film, opowieść, piosenka, historia i tylko ta miłość wcale się nie skończyła.

niedziela, 12 października 2014

siedemdziesiąt dwa

Byłam przekonana, że miłość nie potrzebuje żadnych dowodów na swoje istnienie. Myślałam, że można zobaczyć ją w oczach drugiego człowieka. Czuć w sercu, które nagle zaczynamy trzymać w dłoniach, by móc oddać je drugiej osobie. Byłam przekonana, że miłość jest wieczna, nigdy nie może się skończyć, wyczerpać.
Wydawało mi się, że człowiek dla człowieka naprawdę potrafi być wszystkim, całym jego światem. Starałam się, ciągle starałam się potwierdzić czynami moje słowa o tym, że każdy może odejść, ale ja zawsze jestem. Nigdy nie odejdę, bo nie będę potrafiła tego zrobić.
Myślałam, że tylko odejście może mnie zabić.
Dziś umieram za każdym razem, kiedy patrzysz w inną stronę, niż moje oczy. Nie chcę dłużej czekać na to, aż stanę się tak ważna, byś znowu zaczął mnie zauważać. Nie potrafię tak żyć. Może nawet nie chcę. Nie jestem w stanie dać ci niczego, poza miłością, która niesie za sobą troskę i opiekę. Chciałabym, żebyś to zrozumiał. Żebyś zrozumiał mnie.
Nie chcę nawet myśleć o czymś, co wszyscy tak trywialnie nazywają końcem. Nasz koniec oznaczałby moją śmierć. Wiem, że masz tego świadomość i wiem, że cokolwiek by się nie działo, ty w głębi swojego serca wcale tego nie chcesz. Nie chcesz mnie tracić. Nie chcesz umierać.
Nie chcę patrzeć na nas z boku, bo wiem, że ten widok będzie tragiczny. Jak w tych wszystkich opowieściach bez szczęśliwego końca, bez księcia i księżniczki, bez białego rumaka. Wiem, że zobaczę na mojej twarzy przerażenie przed tym co będzie. Boję się końca.
Tak wiele chciałabym ci powiedzieć i zaczynam nienawidzić samą siebie za to porażające jak prąd milczenie. Musisz wiedzieć, że obawiam się swoich słów. Nie mówię zupełnie nic, bo boję się, że mogłabym powiedzieć coś, co znaczyłoby 'żegnaj'. A ja wcale nie chcę się żegnać, chociaż wiem, że powinnam.
Cholera, dlaczego to wszystko nie może być proste?
Wtedy, kiedy jeszcze mogłam być pewna twojej obecności bałam się starty. Bałam się przywiązania, bałam się swoich uczuć i tego, jak szybko jesteś w stanie poznawać mnie nie tylko z zewnątrz. Bałam się twojej znajomości mojego wnętrza, bo wiedziałam, że odchodząc zabrałbyś ze sobą także i to, co mam w sobie.
Teraz boję się tylko o to, czy przetrwamy. Czy po tylu walkach będziemy mieć siłę na kolejną bitwę.
Nie mogę cię stracić, nie możemy umrzeć. To zbyt powszechne zakończenie miłosnej historii. I z tej desperackiej potrzeby życia potrafię wyrzucić z siebie tylko kilka słów.
Pomóż mi, proszę. 

sobota, 4 października 2014

siedemdziesiąt jeden

Ludzie są niesamowici, chociaż nie do końca chodzi mi o najlepsze znacznie tego słowa. Oni są po prostu dziwni. Nie, nie tylko ci, którzy nas otaczają. Ty i ja też. My wszyscy jesteśmy tak samo kuriozalni. Cały nasz gatunek jest taki sam jeśli chodzi o konkretną kwestię. Nie potrafimy uczyć się na błędach. Niby jesteśmy jak dzieci pakując się po raz tysięczny w to samo, a jednak jesteśmy tak bardzo dorośli, by błądzić po granicach nierozsądku i myśleć, że znajdziemy złoty środek, by nic się nam nie stało. Ale w przeciwieństwie do nas, dziecko parząc rękę ogniem już nie wyciągnie dłoni w stronę płomienia. A my, tacy dojrzali, tak bardzo dorośli i rozsądni wchodzimy w całości w ognisko, z którego przed chwila ledwo udało nam się wyjść. Bo tu już nawet nie chodzi o to, że nie uczymy się na cudzych błędach. Nie ma co się łudzić, tak się po prostu nie da. Podobno żeby się czegoś nauczyć musimy sparzyć się na tym sami. Wtedy lekcja życia jest zaliczona. Ale my tak nie potrafimy. To nasza głupia natura jest tak bardzo wypełniona naiwnością, o której nawet nie wiemy. To wszystko właśnie przez tą naiwną wiarę.
Skąd to wiem? Z doświadczenia. Przeżyłam już chyba tak wiele, by wiedzieć, że te słowa, które teraz czytasz mają potwierdzenie w mojej własnej biografii. Gdybyś tylko wiedział ile razy popełniłam ten sam błąd potrafiłbyś wytykać mnie palcami na ulicy, by przestrzec innych przez taką głupotą. Jestem tego pewna, bo gdybym wiedziała coś takiego o tobie, pewnie robiłabym to samo. I tak samo jak ty nie potrafiłabym spojrzeć w lustro i przyznać się, że tak naprawdę nie różnimy się niczym. 
Popełniłam setki, może nawet tysiące takich samych błędów. I to wcale nie byłoby aż tak straszne i przerażające, gdyby nie to, że większość z nich zawsze dotyczyły zaufania. Zaufania do ludzi, którzy kompletnie na nie nie zasługiwali. I chociaż to faktycznie boli mnie bardziej niż cokolwiek innego, to nie potrafię przestać śmiać się z tej naiwności. Z obietnic składanych dla nikogo, albo dla siebie, obietnic, które nigdy nie miały zostać złamane, ale tak naprawdę już przy pierwszej okazji szły w niepamięć. 
A ja znów zaufałam. Po raz kolejny złamałam obietnicę, nie potrafiłam tego pokonać. I znów wszystko wyglądało tak samo. Znów myślałam, że tym razem wygrałam, że będzie dobrze, że to w końcu jest to, czego tak długo szukałam. A ktoś znów zawodził. Odchodził i wracał, a ja wciąż potrafiłam tylko składać obietnice i ich nie dotrzymywać. 
Zaufanie podobno ciężko zdobyć, ale jeszcze ciężej odzyskać te stracone. Myślę, że to nieprawda. Przykład? To znowu ja. Z reguły nie ufam ludziom. Jestem tak niesamowicie ostrożna, że trzeba się naprawdę postarać, bym powiedziała o sobie komuś coś więcej niż imię. Ale jeśli się to komuś uda, jeśli ufam, tak naprawdę ufam, już nic nie jest trudne. A ludzie zawodzą. Tak samo mnie jak i ciebie i wiesz o tym, nie raz się z tym spotkałeś. Powiedz, przyznaj się przed samym sobą - ile razy niepotrzebnie wybaczyłeś? Wybaczyłeś z nadzieją, że tym razem będzie inaczej, a historia znów zataczała koło, no ile? Potrafisz to zliczyć? Bo ja chyba nawet nie umiem policzyć do tylu, ile tych błędów zrobiłam. 
Zaufanie. Tak, kiedy ja ufam, potrafię wybaczać. Jestem mistrzynią wybaczania. Boję się o siebie, bo nie wiem ile jeszcze razy będę potrafiła przez to przejść. Wybaczyć i znów czuć gorycz zawodu. I chociaż znam ten schemat działania, chociaż tak dobrze wiem o wszystkim co się stanie i o wszystkich konsekwencjach to równie dobrze jestem świadoma tego, że cokolwiek się stanie, ja znów zrobię to samo - wybaczę. 

czwartek, 29 maja 2014

siedemdziesiąt

Nie płakałam. Nawet nie wiem czemu. Od bardzo długiego czasu myślałam, że ten dzień, te kilka godzin będę pamiętać tylko przez pryzmat hektolitrów łez.
Ale nie płakałam. Naprawdę nie wiem czemu. Albo może wiem? Przecież my zawsze woleliśmy obrócić wszystko w żart. Ubrać każdą powagę sytuacji w słowa, przez które nie potrafiliśmy opanować salw śmiechu. Może właśnie dlatego dziś obyło się bez łez?
Nie płakałam, ale było mi strasznie smutno. Wszyscy dziś mówili tylko o tym, że coś się kończy, żeby coś innego mogło się zacząć. Cholerni geniusze. Cenne uwagi, które na pewno zachowam do końca życia. Pamiętaj dziecko, coś się kończy, żeby coś mogło się zacząć. Dobrze wiedziałam, że jestem tam, bo właśnie coś się kończy. Siedziałam pośród ludzi, z którymi spędziłam 3 lata swojego życia. Ludzi, którzy nauczyli mnie w tej szkole potrzebniejszych rzeczy, niż nauczyciele. Wychodząc dziś stamtąd zrobiłam pewien bilans. Z jednej strony wiem co to spiętrzona metafora, trygonometria, pływy syzygijne, znam pierwiastki, znam angielski. A z drugiej wiem co to lojalność, przyjaźń, bezgraniczna szczerość, często aż ta prowadząca do bólu, wiem jak to jest krzywdzić i być krzywdzonym, wiem co znaczy porażka, mieć trzy kroki do sukcesu i tego nie wykorzystać i wiem co to oddanie i słowa pocieszenia w tych beznadziejnych momentach. Powiedz - co mi się bardziej przyda?
A mimo wszystko nie płakałam. Mimo tego, że skończyła się szkoła. Że dziś pożegnałam się z nią już na dobre. Że już nic nie będzie takie samo, bo to koniec. Bo liceum dobiegło końca, a my, dziś tak pięknie wyglądając, powiedzieliśmy sobie ostatnie 'cześć' jako klasa. To smutne. To smutne, chociaż każdy dobrze wiedział, już od pierwszej klasy wiedział, że taki będzie koniec. Że stając na progu tego liceum po raz pierwszy, staliśmy na linii startu, która po trzech latach, musiała stać się linią mety. Ten próg, drzwi tej szkoły były tą metą właśnie dziś. I chociaż każdy z nas wie, że może tam wrócić, że może zobaczyć wszystko to, co oglądaliśmy codziennie przez trzy lata, to to już nigdy nie będzie to samo.
Nie płakałam, chociaż może powinnam, bo dziś coś się skończyło. Skończyło się liceum, kochana - mimo wszystko, dziś mogę to powiedzieć, że kochana - szkoła i razem z tym skończyła się nasza cudowna 3c. Jedno jest pewne - takiej drugiej nie będzie już nigdy. A ja chyba już teraz za nią tęsknię.
Nie płakałam, chociaż to co spotkało mnie w tej szkole, dziś mogę nazwać marzeniem. Tacy ludzie zdarzają się chyba tylko raz w życiu. Ja poznałam ich właśnie w Koperniku. Jestem za to wdzięczna tej szkole, za tych ludzi najbardziej. Bo mimo tych złości, beznadziejnych momentów i chwil zwątpienia, ja nie wymieniłabym ich na nikogo innego. Od pierwszego dnia my byliśmy najlepsi.
A dziś nie płakałam, bo wiem, że jeśli ich kocham, to oni wcale nie odeszli.
Nie płakałam, bo mam ich w sercu.
I pamiętajcie - wcale nie byliśmy, my j e s t e ś m y najlepsi. 

sobota, 17 maja 2014

sześćdziesiąt dziewięć

Nie chodzi o nic innego, tylko o intuicję. Musisz wiedzieć komu możesz ufać. Komu wierzyć. Kogo kochać. Musisz to wiedzieć. Koniec końców wszystko się okaże, ale ja nie chcę Twojego cierpienia.
Życie to zwykły teatr. A Ty? Możesz być aktorem, laleczką, kukiełką - jak wolisz. Pamiętaj tylko, że to Twoje przedstawienie. Nie pozwalaj nikomu go niszczyć. Ty decydujesz.
Nie łudź się - na całym świecie jest tylko garstka osób, którym możesz ufać. Musisz ich tylko znaleźć. Nie spiesz się, masz na to czas. Masz mnóstwo czasu, żeby z tych siedmiu miliardów osób na świecie wybrać kilkoro, którzy będą dla Ciebie ważni. Rozumiesz? To tylko Twój wybór. A chyba nie chcesz cierpieć, prawda? Jeśli mam racje, to posłuchaj.
Nie daj się oszukać. Uwierz mi, ludzie z natury są zawistni. Nawet Ty. Tak, dobrze widzisz. Nie jesteś wyjątkiem, który każdego człowieka darzy ogromem pozytywnych uczuć. Chodzi tylko o to, byś poznał kto mimo swoich wad będzie umiał oddać ci serce. I komu Ty, bez żadnych wątpliwości, będziesz umiał oddać swoje. Bo pamiętaj, właśnie o oddawanie siebie samego drugiej osobie chodzi w życiu. Nic innego nie jest na tym świecie tak ważne. 
W tłumie ludzi można czuć się samotnym. Otaczając się setkami znajomych można nie mieć z kim wyjść na spacer ciemną nocą. Rozumiesz? Mnie chodzi tylko o to, byś pojął, że liczy się nie ilość, ale jakość. Czuj się samotny w tłumie. Wracaj sam ze szkoły, czy pracy do domu. Zadbaj tylko o to, by w tym domu ktoś na Ciebie czekał. Nie musi akurat gotować Ci obiadu. Nie musi sprzątać domu, żeby lśnił czystością kiedy wrócisz. Nie musi nawet biec do drzwi, żeby się z Tobą przywitać. Wystarczy, by po domu roznosił się zapach miłości. Byś mimo zmęczenia, uśmiechnął się na samą myśl, że wróciłeś do miejsca, w którym razem z Tobą mieszka Twoje serce. To serce, w ludzkiej postaci, może siedzieć w dresach na kanapie i oglądać program, którego nienawidzisz. Może spać w ubrudzonej po całym dniu koszulce w Waszym łóżku, co zawsze doprowadza Cię do szału. Może robić cokolwiek. Ważne, żeby było. 
Już wiesz, o co mi chodzi? 
Znalezienie takiej osoby, to wielka sztuka. Musisz być czujny, cierpliwy i, przede wszystkim, silny. Nie możesz się poddawać, mimo spotykanych na drodze porażek. Oparzysz się na niejednym człowieku, który będzie chciał pokazać Ci miłość tylko dla swojej korzyści. Nie łudź się, zaufasz wielu takim egoistom, hipokrytom. Dlatego musisz mieć w sobie siłę. Twoje serce ją ma. Ono ma siłę pokonywania najgorszych uczuć, bo czeka, zupełnie tak samo jak Ty, czeka na to, by któregoś dnia zaufać osobie, która go nie skrzywdzi. Komuś, kto nie skrzywdzi Ciebie. 
Miej w sobie odwagę zmierzyć się ze złem, by w końcu odnaleźć dobro. 
Ono gdzieś na Ciebie czeka, jestem tego pewna. 

niedziela, 2 marca 2014

sześćdziesiąt osiem

Nie słyszę już nic, poza biciem zmęczonego serca. Nie mogę spać. To nic, to tylko kolejna tęskniąca noc. Nie mów, że rozumiesz. Nie mam nawet pewności, czy wiesz co znaczy prawdziwie tęsknić.
Czuję w sobie taką przeraźliwą pustkę, w której echem odbija się żal. Nie ma nic poza tym żalem, że zostałam sama. To nie ma znaczenia na jak dlugo - godzinę, dzień, tydzień, zawsze. Ta pustka jest ciągle tak samo głęboka, to echo ciągle roznosi się po wszystkim. Ta cisza nadal krzyczy tak przeraźliwie.
Można starać się to zagłuszyć. Balansować na granicy śmiechu i płaczu. Można próbować, tylko nie wiem po co. Wynik zawsze jest taki sam - przegrałeś. Możesz to sprawdzić. Ja już nawet tego nie potrzebuję. Ja już to znam.
Wiem jak to jest nie móc zasnąć. Budzić się w nocy z krzykiem. Nie chcieć wstawać z łóżka rano i kłaść się do niego wieczorem. Tam najbardziej to widać. Najbardziej czuć samotność. W nocy wszystko widzi się w gorszym świetle, słyszy się więcej i czuje dwa razy mocniej.
A mnie chodzi tylko o niego.
O ciebie. Chcę oddać ci to wszystko. Każdy ból, łzę, każde uczucie, które żyje dzięki tobie. Tylko ty umiesz się nimi zaopiekować. Tylko ty wiesz co zrobić z moim sercem, by coraz stabilniej biło bezpiecznie w twoich dłoniach.
Wróć.
Zabierz to ode mnie i pokaż, pokaż mi, że potrafisz kochać nawet te słabości. Tą moją tęsknotę do ciebie, kiedy muszę czekać.
Przytul moje serce do swojego. Niechaj to już poczuję, bo znowu nie potrafię zasnąć.

sobota, 11 stycznia 2014

sześćdziesiąt siedem

To dla każdego z nas tak bardzo ważne. Druga osoba, połowa serca, świata, życia. Znalazłam cię. W końcu cię znalazłam. Przeszłam bez ciebie tysiące dróg, niezmierzonych kilometrów, przepłakałam setki nocy z tęsknoty i traciłam siłę. Nie mów mi teraz, że musieliśmy się spotkać. Jeden mój niewłaściwy ruch, jedna minuta różnicy w wypowiadanych słowach, błąd jakiegoś drobnego gestu - mogły przesądzić o naszym spotkaniu.
Ale mam cię. Jesteś tutaj ze mną. Właśnie teraz, leżąc na zimnej, kuchennej podłodze opowiadasz mi jaki był świat, kiedy mnie nie znałeś. Ja tylko płaczę. Wylewam z siebie łzy wzruszenia, kiedy po raz kolejny mówisz mi cicho kilka drobnych liter, układających się w proste zdanie: 'świat istniał bez ciebie, ale nie ja'. Drżą mi dłonie, a ja nie jestem w stanie stwierdzić czy z powodu zimna, czy szczęścia, które w każdej komórce mojego ciała wywołuje właśnie dreszcze.
Szeptem mówię do ciebie pojedyncze słowa, bojąc się, że któreś z nich mogłoby być teraz nieodpowiednie. Gładzę delikatnie opuszkami palców wnętrze twojej dłoni.
Linia rozumu. To prawie irracjonalne, że dwa różne światy połączyliśmy w jedno.
Linia życia. To takie nieprawdopodobne, że zdołaliśmy się odnaleźć wśród innych ludzi. Jedno spotkanie, jedno spojrzenie, a ja już wiedziałam, że to właśnie ty.
Linia serca. Linia mojego serca. Linia mojej miłości do ciebie. Linia mnie na twojej dłoni.
To takie proste. Nie musisz nic mówić. Teraz słowa nie są nam potrzebne. Potrzebujemy ciszy. Musimy zasłuchać się w swoje oddechy i zacząć w końcu rozumieć dlaczego tak się stało. Dlaczego my. Chciałabym, żebyś wiedział jak wiele uczucia kryje w sobie i jak wiele miłości jestem w stanie ci podarować.
Linia serca. Spójrz na nią. Przyłóż dłoń do mojej. Pasuje idealnie. Tak, teraz rozumiem. Tak po prostu miało być.
Nie istniejemy bez siebie, to przecież takie proste.

poniedziałek, 2 grudnia 2013

sześćdziesiąt sześć

Kiedyś przeczytałam gdzieś, że poddanie się czasem oznacza wygraną. Jakiś czas później ktoś powiedział mi, że to największe kłamstwo jakie zdołał wymyślić człowiek. Chciałabym wiedzieć który z nich miał rację. Czy wtedy życie nie byłoby prostsze? Każda gra, każda zabawa jaką pamiętamy z dzieciństwa miała podstawową zasadę - poddanie się oznacza klęskę. Tyle że nie wiem czy życie można porównać do dziecięcych zabaw. To całkiem inna sprawa i całkiem inne zasady.
'Dopóki walczysz, jesteś zwycięzcą'. A to? Co to może znaczyć w kontekście świata, który tak często wymaga od nas odizolowania się od wszystkiego, przez co możemy krzywdzić kogokolwiek, co za różnica, sobie czy innych?
Walka. Ale co to tak właściwie znaczy? Wyścig szczurów? Krew na rękach? Kogo dziś obchodzi to, co zrobimy z własnym życiem, jeśli przeszkadzamy mu w jego własnym? Kto będzie w stanie pomóc nam wygrać kosztem własnej przegranej?
Więc może chodzi dokładnie o to? O życie, w którym w odpowiednim momencie będziemy potrafili się wycofać. O życie z sercem na dłoni, by każdy mógł go dotknąć, poczuć je i zrozumieć, że poddanie się nie zawsze znaczy przegraną. O świat milionów ludzi, którzy będą potrafili rozumieć potęgę umiejętności otworzenia dłoni, w której ściskali niepowtarzalną szansę, by móc tę dłoń wyciągnąć do innego człowieka. Może chodzi o życie z duszą na ramieniu, sercem na temblaku i dłonią bliskiej osoby w swojej dłoni.
Tak. Poddać się nie zawsze znaczy przegrać. Poddać się to całkiem często wygrać.

czwartek, 21 listopada 2013

sześćdziesiąt pięć

Czuję w płucach zimne powietrze. Czy to znaczy, że żyję? Gromadzę w sobie chłód łapany przy każdym kolejnym hauście. Właśnie zamarza mi serce. Nie, to wcale nie przypadek. Robię to z nadzieją, że razem z nim zamarzną też wszystkie wspomnienia. Już ich nie chcę. Myślałam, że to będzie dobre. Gromadzić je w sercu i pamięci jak na kartkach starej książki, by wieczorami ocierać z niej kurz i czytać. Widzieć w wyobraźni te wszystkie obrazy, które oglądałam na własne oczy i słyszeć słowa, w które wsłuchiwałam się z takim zaangażowaniem. Już tego nie chcę. Nie chcę wracać do niczego, co dziś ma sens już tylko w czasie przeszłym. Czyli do czegoś, co miało sens, a dziś powoli mnie zabija. Ja albo one. One albo ja. Tlen, którym właśnie oddycham otula moją skórę porażającym zimnem. Może mi się uda? Czy na wspominania działa hibernacja? Czy zabijając je od środa, da się je zniszczyć hipotermią? Gdybym tylko nie musiała tego robić, gdybyś nie zmuszał mnie do tego. Widzisz mnie teraz? Spójrz na mnie. Boisz się tego widoku, prawda? Boisz się, bo wiesz, że to przez ciebie rozpadam się na kawałki. Że to ty zmusiłeś mnie do jednej z najgorszych śmierci, do walki z samą sobą. Zdążyłeś już zauważyć, że właśnie to jest najgorsze? Ta cholerna świadomość, że bez względu na wszystko co się stanie ja wygram i przegram jednocześnie. Szczęście kosztem nieszczęścia albo nieszczęście kosztem szczęścia. Wiem, to zależy tylko ode mnie, ale co z tego? Chciałabym o tym zapomnieć. Wymazać to z pamięci, pominąć przeszłość we wszystkim co dziś mnie otacza. Ja nie potrafię tak żyć, rozumiesz? Z tą świadomością idei cudownego życia, w którą tak wiele osób nie potrafi uwierzyć, a której ja dotknęłam własnym sercem. I nie, nic nie będzie już dobrze. Nie będzie lepiej, nie będzie jak kiedyś. Może nie będzie już gorzej, ale mam świadomość, że nigdy nie będzie tak, jak to sobie ułożyłam gdzieś w marzeniach. One już dawno upadły. Dopóki nie odetnę się od tego zła, nie będę potrafiła spokojnie spać i budzić się bez łez na policzkach. Pozwól mi się od siebie uwolnić. Popatrz na mnie jeszcze przez chwilę i dostrzeż, proszę, w moich oczach tę błagalną prośbę o to, byś pozwolił mi odejść. Nie wymagam od ciebie niczego więcej. Możesz nawet tu zostać. Tylko puść moje serce i daj mi odsunąć się od siebie choćby na kilka haustów powietrza, które właśnie zamraża mi wnętrze.

piątek, 27 września 2013

sześćdziesiąt cztery

To jest tak, że nie każdy człowiek zasługuje na to samo. A zasłużyć sobie trzeba na wszystko. Na szacunek, wiarę, zaufanie, nawet na złe zdanie o sobie czy krytykę i pomiatanie. Tak samo jest z miłością. Na nią też trzeba sobie zasłużyć. I są osoby, które zwyczajnie nie potrafią zrobić czegoś, co mogłoby ich kwalifikować do tego gatunku ludzi, którzy mogą mieć pewność, że kiedyś będzie ktoś kogo pokochają, a w pakiecie z tym uczuciem dostaną odwzajemnioną miłość. Ja mieszczę się w tym zdaniu, dlatego dobrze wiem o co w tym chodzi. Desperacko i na siłę szukam kogoś, kto potrafiłby mnie pokochać, chociaż dobrze wiem, że kiedy już go znajdę nie będę potrafiła uwierzyć w to, że nie kłamie. Że jego słowa, które mają być dla mnie zapewnieniem o jego uczuciu nie są bzdurą, która ma mnie tylko przez jakiś czas utrzymać przy życiu. Ludzie się boją. To wszystko, cała moja oprawa z pozoru wydaje się być bez zarzutów. Pojawia się ktoś nowy i zaczyna coś do mnie czuć i tylko ja wiem, że to kwestia czasu, głębszego poznania i wszystko się zmieni. Bo mnie nie da się pokochać tak do końca. Nie ma osoby, która nie bałaby się ryzyka do tego stopnia, żeby wiązać ze mną swoją przyszłość wiedząc przy tym jak ciężki mam charakter i jak z przepełnionej miłością dziewczyny mogę stać się bezuczuciowym i beznadziejnym wrakiem człowieka, który nie ma już nawet siły by wierzyć, że ktoś mu pomoże. Nie wiem kiedy to się stało, nie wiem kiedy zrobiłam z siebie osobę nie potrafiącą pozwolić komuś na miłość. Zasada na jakiej to działa jest banalnie prosta. Nie chcę patrzeć na czyjąś śmierć. Miłość jest tysiącem poświęceń, które mi się nie należą, których nie potrafię przyjąć z odpowiedzialnością i obietnicą, że nie wykorzystam ich przeciwko komuś, kto potrafiłby zrobić dla mnie wszystko. Najtrudniejsze jest to, że to nie działa w dwie strony. Kocham i nie chcę czyjegoś cierpienia, bo wiem jak to jest, kiedy boli każda cząstka ciała i duszy, bo traci się nie tylko miłość, ale też siebie. Wiem jak to jest, kiedy ktoś rozszarpuje ci serce, jakby chciał je ze sobą zabrać, a ty przez jakiś czas żyjesz nadzieją na to, że po nie wróci i je zabierze, bo należy do niego. I wiem jak to jest, kiedy on nie wraca, a ty masz tylko dwie drogi do wyboru - starać się poskładać to pokaleczone serce, albo zapomnieć o bólu - ale żadna z tych dróg nie jest dobrym rozwiązaniem, bo obie nie są możliwe do wykonania. Ja o tym wiem, przeszłam nawet przez to. Ja to czułam. Czułam jak to jest, kiedy zostajesz sama z krwawiącym sercem w klatce piersiowej, duszą na ramieniu i łzami na policzkach.

wtorek, 27 sierpnia 2013

sześćdziesiąt trzy

Myślałeś kiedyś o tym, co to znaczy się o kogoś martwić? Może to czekanie, aż wróci z pracy, z której powinien wrócić dwie godziny temu. Może to podawanie mu ciepłej herbaty, kiedy jest przeziębiony. Może to patrzenie na niego ze współczuciem i troską w oczach, kiedy widać, że ma problem. Może to dzielenie z nim parasola, kiedy pada. Może to zwykłe słowa, kiedy chcesz dać mu do zrozumienia, że jesteś obok. A może to coś zupełnie innego. Może to wcale żadna przyziemna sprawa, żadna rzecz, którą można zbagatelizować. Może martwić się o kogoś to żadna błahostka, którą można z łatwością pominąć. Może to właśnie to, co wylewa się z mojego serca razem z krwią i wypływa z oczu w każdej osobnej chwili, kiedy nie ma nikogo w pobliżu. Może to brak kontaktu, brak choćby jednego słowa, które dałoby mi do zrozumienia, że jeśli nawet nie wszystko jest dobrze, to tobie nic nie jest, jesteś bezpieczny. Może to brak zapewnienia, że nie mam się czego bać. Może drżenie rąk przy każdej gorszej myśli. Może to dziwne uczucie w brzuchu, które nie pozwala zapomnieć, że coś się dzieje. Może to chęć przespania wszystkiego co się dzieje i obudzenia się dopiero kiedy każdy element układanki będzie na swoim miejscu. Może modlitwy wypowiadane szeptem do Boga, kiedy każda z nich zawiera tę samą prośbę. Może to uczucie ciągłego braku szczęścia. Może to psychiczny ból, specyficzny rodzaj bólu, który rozdziera cię od środka. Może to powolna śmierć powodowana nieświadomością tego, co się tak naprawdę dzieje. Może to uśmiech pełen cierpienia, który ma ukryć przed światem wszystkie łzy. Może brakująca siła na każdy kolejny dzień. Może staranie niesienia pomocy, chociaż tak naprawdę nie wiadomo w czym, nie wiadomo jak. A może martwić się o kogoś, znaczy go po prostu kochać. Kochać go każdym swoim mięśniem, nie tylko sercem. Kochać tak bardzo, tak bezgranicznie, że nie można wyobrazić sobie ani chwili, nawet pojedynczej sekundy bez tej osoby obok. Kochać tak zachłannie, by martwić się o niego bez najmniejszego momentu przerwy, bez różnicy czy akurat coś się dzieje, czy nie. A ja się przecież tak bardzo o ciebie martwię. 

czwartek, 25 lipca 2013

sześćdziesiąt dwa

To źle, że brakuje mi kogoś kto umiałby mnie pokochać? Tak bezgranicznie i bezinteresownie pokochać, oczekując w zamian tylko tego samego? To źle, że jest mi ciężko ze świadomością, że nie ma chyba osoby, która potrafiłaby być obok mnie bez względu na wszystko? Przecież się staram. Każdego dnia, bez względu na to co ma się stać, staram się być człowiekiem, który zasługuje chociaż na namiastkę tych pozytywnych uczuć. Tylko czasem nie daję sobie rady, tak jak teraz. Kiedy widzę szczęście innych ludzi, którzy mają je jakby na wyciągnięcie ręki, a ja nie potrafię go dosięgnąć. I przez moment, przez jedną krótką chwilę zastanawiam się co poszło nie tak. Jaki defekt musi mieć w sobie moje serce, jeśli nikt nie jest w stanie się nim zaopiekować. Jak to działa, że życie zaprogramowane jest na dzielenie świata między dwie osoby, a ja muszę radzić sobie ze wszystkim sama, bo nie ma obok mnie kogoś, kto chciałby mnie przygarnąć z całym nadbagażem moich porażek i pomóc mi odnaleźć uśmiech. Chciałabym już teraz poczuć się tak, jak większość ludzi. Móc powiedzieć komuś o swoich uczuciach i usłyszeć dokładnie to samo i wiedzieć, po prostu wiedzieć, że tym razem będzie inaczej, że się uda. Że już nigdy nie będę musiała zaczynać życia od nowa, że nie rozpadnie się coś, co miało być wieczne. Chciałabym wierzyć, że coś mi się w końcu uda, że coś na czym mi zależy tak po prostu będzie moje. Bez przeszkód i niedomówień. Że zobaczę w końcu, że też na coś zasługuję, tak jak każdy człowiek. Że mnie też da się kochać, że da się za mną tęsknić. Chciałabym mieć obok siebie kogoś, kto mnie po prostu kocha. A ja bez wątpienia umiałabym odwdzięczyć mu się tym samym.